Requiem, czyli moje pierwsze spotkanie z łaciną

Tak jak nie pamiętamy naszego pierwszego kroku czy pierwszego słowa, pamięci naszej uciekają inne ważne wydarzenia. Dopiero po latach doceniamy ich znaczenie dla całej naszej egzystencji. Kilka dni temu takiego olśnienia doznałem i ja, kiedy postanowiłem sobie przypomnieć dzieło Zbigniewa Preisnera „Requiem dla mojego przyjaciela – wielki koncert ku czci zmarłego Krzysztofa Kieślowskiego, którego nagranie leżało schowane gdzieś w głębokiej szufladzie.

Włączyłem płytę i wtedy to sobie uświadomiłem. Jakieś 17 lat temu – na początku liceum – dzięki tej płycie nawiązałem pierwszy kontakt z łaciną. Oczywiście już wcześniej wiedziałem o jej istnieniu, znałem kilka słów i sentencji, jednak łacina jako język  niespecjalnie mnie interesowała czy poruszała. Inaczej stało się dzięki „Requiem”. Wtedy łacina po raz pierwszy wywołała we mnie zachwyt.

30 ton, lista, lista

A było to tak. Pokolenie dzisiejszych 30-latków, do którego się zaliczam, z pewnością pamięta program „30 ton – lista, lista„. Krótko mówiąc, była to lista 30 najpopularniejszych w danym tygodniu piosenek. Gdy któregoś dnia zasiadłem, jak w każdą niedzielę po południu, do oglądania „30 ton”, bardzo się zdziwiłem, bo jedno z wysokich miejsc zajął właśnie utwór z „Requiem dla mojego przyjaciela” Preisnera. Dokładnie ten:

W utworze tym, jak słychać, łaciny nie ma. Chyba więc zachwyciły mnie piękno i ogromny smutek muzyki Preisnera. Poruszyły mnie one do tego stopnia, że postanowiłem poznać to dzieło bliżej. Miałem szczęście. Moja siostra, wówczas ogromna wielbiciela kina Kieślowskiego, miała w swojej kolekcji również poświęconą my płytę.

Requiem dla mojego przyjaciela

I wtedy się zaczęło. Słuchałem „Requiem dla mojego przyjaciela” godzinami. Płakałem, cierpiałem i przeżywałem tę muzykę tak mocno, jak tylko potrafią nastolatkowie. Z jednej strony porażało mnie piękno muzyki, a z drugiej łaciny. Nie rozumiałem ani słowa, ale tekst znałem na pamięć. Po to tylko, żeby upajać się tymi znakomitymi słowami, które tworzyły z muzyką Preisnera idealną całość. To zresztą też zasługa muzyki, że łacina zaczęła mi się kojarzyć z pięknem, dostojeństwem i pewnym uduchowieniem. Tak jak większości. Dopiero na studiach na uczyłem się postrzegać ten język nieco inaczej. Ale czy można myśleć inaczej, słuchając wywołującej niezwykle intensywne emocje „Lacrimosy” w wykonaniu wspaniałej Elżbiety Towarnickiej?

Fascynacja „Requiem dla mojego przyjaciela” i łaciną, jak wiele młodzieńczych fascynacji, minęła mi dość szybko. Na kilka dobrych lat o łacinie zapomniałem. Powróciłem do niej dopiero na studiach historycznych (więcej o mojej „łacińskiej” historii przeczytasz TUTAJ). Do filologii klasycznej doprowadziła mnie zupełnie inna droga, ale jestem pewien, że gdyby nie „Requiem dla mojego przyjaciela”, moje życie potoczyłoby się inaczej. Panie Zbigniewie, dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *